piątek, 19 lipca 2019

Rabka Festival

Oooo Rabka Festival- znów było świetnie i kolorowo, jedyny zarzut jaki mogę wysunąć, kieruję  w swoją stronę- dalej nie posiadłam sztuki bilokacji. A tak to siup- byłabym i na swoich Kuleczkowych zajęciach i mogłabym wziąć udział w spotkaniu Barbary Gawryluk z  GOPRowcami i ich superpsami . Zobaczcie jaki bogaty był >>> program tegorocznego Festivalu.
fot.Maciej Waclawik
Młodzieżówka dopisała:
bardzo wesoła kamienica Pana Kuleczki

Pan Kuleczka (o bardzo długiej zielonej szyi) z Pypciem, Katastrofą i żółwiem w kosmosie.
Wyobraźnia młodych demiurgów pokonywała wszelkie bariery i kordony !



 Katastrofa spotyka UFO proszę ja was.

A tu kuleczkowa rakieta z logo rabczańskiego Festivalu…

i Pypeć w kasku kosmonauty 




 Urodziny- proszę zwrócić uwagę nie tylko na tort ale też na świetnie wyposażoną półkę z książkami


fot. Michał Lickiewicz
a tu Katastrofa w cud-welonie bierze ślub z Pypciem



na rysunku Zuzi Pan Kuleczka z ferajną kąpią się w jeziorku

W sercu tej małej uczestniczki Festivalu znalazła się cała rodzina Pana Kuleczki. Obok Wojciecha Widłaka stoi Obywatel , od którego nauczyłam się nowego terminu plastycznego 
KOLOR CIAŁOWY. 

Z dziećmi spotkały się też chochliki . Prototypy Figla i Psikusa spod ręki Kasi Budki
 fot. Jakub Niemczynowicz

Przesympatyczna redaktorka "Radia dzieciom" Martyna Chuderska próbuje się dowiedzieć kiedy zaczęła się przyjaźń między nami chochlikami -Skrzypem i Widłakiem, 
eeeee Figlem i Psikusem.
Kiedy do walorów edukacyjnych ( byłam wierną uczestniczką zajęć prowadzonych przez dr. Andrzeja Kruszewicza ) dodać walory towarzyskie ( autorzy i ilustratorzy z całej Polski, zza morza przybyły artystka i kuratorka Viivie Noor
i autorka książek dla dzieci i młodzieży Frida Nilsson

dodać inne Rabczańskie uroki z Muzeum Orkana






 i okoliczności przyrody



 wyjdzie na to że to proszężpaństwa  Rabka- Miód.

A wszystko dzięki jednej babeczce Iwonie Haberny, która zamiast jojczyć że w Rabce-Zdrój pełnego ośrodków i sanatoriów dla dzieci, a nie ma prawdziwego, wygodnego Domu Kultury
wymyśliła i zorganizowała Rabka Festival.
Chwała jej za to!

-----------------

Jest też coś dla pogiętych postmodernistów, czemu by miało nie być - w samiuśkim centrum uzdrowiska takie cacko z typową dla regionu fauną:
zdjęcie zajumane z netu, mnie za bardzo drżały ręce...


poniedziałek, 10 grudnia 2018

ILUSTRATOR- NAJMILSZY ZAWÓD POD SŁOŃCEM

Wywiad, który ukazał się  w kwartalniku "Asystent" -piśmie Centrali Szkół dokształcających w Ameryce.


 
ilustracja do książki "Chichotnik " Wydawnictwa Literackiego

 

Dlaczego wybrałaś zawód ilustratora?

O! To najmilszy zawód pod słońcem. Siada się nad białą kartką papieru, bierze pędzel farby i już można stwarzać całe światy wedle własnych reguł i gustu. Można budować miasta , zadrzewiać pejzaże, meblować pokoje, wymyślać postaci- ich wygląd, charakter, mimikę, detale ubioru  i rekwizyty.

Poza tym - sam jako pedagog i teoretyk wiesz- dzieci to najlepsi odbiorcy na świecie, wrażliwi, otwarci, z apetytem na zabawę, ciekawscy , z rozhulaną wyobraźnią, z taką ufnością, wiarą że wszystko jest możliwe.

 

Nie kusi Cię, żeby zilustrować książkę dla dorosłych?

Wiesz, to trochę tak, jakby pytać pediatry, czy wreszcie zacznie kiedyś leczyć dorosłych...

 

No ale wiem z lektury komentarzy, że blog który prowadzisz, ma całkiem dorosłych fanów.

Blog stwarza okazję do udokumentowania pracy i opatrzenia jej odautorskim komentarzem,

daje możliwość kontaktu z odbiorcami znacznie większą niż statyczna strona internetowa. Dzięki czytelnikom, a właściwie czytelniczkom, bo znakomita większość stanowią kobiety to sympatyczny i wesoły zakątek w necie.

Zapraszam na wasiuczynska.blogspot

 

 

Zawsze chciałaś ilustrować książki dla dzieci?

 Wiedziałam, że będę ilustrować książki, zanim tak naprawdę nauczyłam się je czytać. Od piątego roku życia chodziłam na zajęcia do Ogniska Plastycznego. Rysowałam zawsze i wszędzie, pokryłam swoimi bazgrołami całe hektary papieru.

Po dyplomie z malarstwa na krakowskiej ASP zapakowałam do teczki swoje najlepsze prace, które zrobiłam na zajęciach z książki i typografii i pojechałam do Warszawy, gdzie było najwięcej wydawnictw. Umówiłam się w jednej redakcji, drugiej, piątej. Wreszcie dostałam coś na próbę, ilustracje poszły do druku. To była książeczka harmonijka z głosami zwierząt namalowana dla miesięcznika "Dziecko". Jak się ukazała, miałam ochotę tańczyć na ulicy i wycałować kioskarza. Zamiast tego wzięłam się za następne zlecenie no i zilustrowałam już kilkadziesiąt książek.

 

Do jakich tekstów lubisz robić ilustracje?

Tekst musi uruchamiać wyobraźnię. Zniechęca mnie przewidywalność, naśladownictwo, zbyt nachalna misja pedagogiczna, przesłodzenie, marna polszczyzna. Ostatnio wielką przyjemność sprawiło mi ilustrowanie tomu wierszy "Chichotnik" dla Wydawnictwa Literackiego. Polscy autorzy od hrabiego Fredry po współczesnych mistrzów klawiatury. Wspólnym mianownikiem tych tekstów jest humor. Znalazły się w nim też króciutkie dowcipne wiersze Jana Brzechwy, Ludwika Jerzego Kerna, Wandy Chotomskiej. Uwielbiam!

 

 

Masz na swoim koncie kilka ważnych nagród, które są dla Ciebie najcenniejsze?

Najbardziej prestiżowe to oczywiście te międzynarodowe, tytuł KSIĄŻKA ROKU przyznany przez polską sekcję IBBY, wyróżnienia w konkursie Świat Przyjazny Dziecku.

Ale najmilsze są nagrody publiczności, uznanie jury dziecięcego, listy, laurki od małych czytelników, jakieś cudowne gomółki z plasteliny z brokatem i koralikami.

Sympatia czytelników to miód na serce, istotna część mojego honorarium.

 

Lubisz twórczość dzieci?

Bardzo. To sama esencja - sztuka bez sztuczności, sam spontan i radość. Dzieci w sposób przyrodzony,

naturalny, mają to co najcenniejsze - wewnętrzny przymus tworzenia. Trzeba chuchać i dmuchać żeby ta iskra z czasem nie zgasła.

Dzieci bardzo dużo czują, choć nie potrafią wyrazić tego słowami. Obraz jest najbardziej naturalnym, uniwersalnym rodzajem komunikacji. 

 

 

Jak spotykasz się z czytelnikami?

Zwykle na Targach Książki, które odbywają się cyklicznie w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, ale prowadzę też warsztaty plastyczne. Zwykle towarzyszą wystawie moich prac, albo związane są z wydaniem nowej książki. To okazja żeby pohulać z bandą kurdupli na większym formacie, użyć nietypowej techniki, poeksperymentować, powywijać plastycznie koziołki, na co nie ma za bardzo sposobności w szkole.

Czasem przed zabawami plastycznymi robię pokaz swoich ilustracji. Mogę zobaczyć, usłyszeć co cherubiny naprawdę śmieszy, co je intryguje, co im się podoba, a co nudzi.

 

 

No dobrze, a co takie zabawy plastyczne dają dzieciom?

Rozwijanie wyobraźni, intuicji, podsycanie naturalnej kreatywności dzieci, samodzielności myślenia, najzwyczajniej w świecie stymuluje ich rozwój. Neurolodzy mówią o wciąż niedocenianej roli zajęć manualnych na rozwój mózgu. O zaniedbywanym w dobie elektroniki kontakcie głowa- ręka.

Kształtowanie poczucia estetyki, rozwijanie fantazji, odwoływanie się do intuicji, kontakt z własnymi emocjami to narzędzia, które przydają się i w dorosłym życiu.

Prowadziłam zabawy plastyczne z dziećmi w Polsce, we Włoszech, Niemczech i dalekich Chinach i wiem że dzieci pod każdą szerokością geograficzną są do siebie podobne, a jednocześnie - co wspaniałe, każde jest inne, wyjątkowe.

 

Mam nadzieję, że będę mogła przekonać się o prawdziwości tej teorii również w Ameryce. Bardzo się cieszę na to spotkanie!* 

 

Do zobaczenia zatem!

 

* w sierpniu, jeszcze przed wyjazdem do USA


z Elżbietą Wasiuczyńską rozmawiał


 

 
 
MAREK ŁĄTKOWSKI urodzony w 1965 roku, malarz i nauczyciel akademicki. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych mieszka i pracuje w Krakowie. Uczy przyszłych nauczycieli jak nie przeszkadzać dzieciom przedszkolnym i wczesnoszkolnym w malowaniu i rysowaniu. Sam maluje , czyta, pisze i nakłania niezdecydowanych do twórczego działania. Od 2014 prowadzi na Festiwalu Nauki warsztaty dla dzieci na Rynku Głównym w Krakowie.

niedziela, 25 listopada 2018

Bruksela ( z dokładką)


Było słonecznie i jesiennie


 Widok z okna hotelu  na uliczkę Serpentin o  jakże zasłużonej nazwie.


 Kwitły sobie jeszcze w najlepsze róże, 

choć czuć było, że tuż za rogiem, idzie następna, bardziej zasmarkana pora roku.

aaa zima zła:


a póki co, z przyjemnością pasałam się na uliczkach, gapiłam na miejscowe atrakcje

słuchałam dzwonów, kurantów, carillionów 



 snułam ulicami, gapiłam na witryny ( sklepu z dywanami na przykład)


dziwiłam się że tyle Policji , a to akurat jednego dnia zbiegł się atak nożownika, wizyta Prezydenta Francji z dorocznymi igrcami świeżo upieczonych studentów. Wiecie- tabuny pierwszaków w brudnych chałatach z orderami ( jak jeden mąż, obie płcie) którzy ze wszystkich sił  starają się pokazać jak maksymalnie mają na to wszystko wyyylaaaane.

No i tak- podziwiałam architekturę,



oglądałam detale:




 Snułam się z tabunami po Grande Place,

 jadłam gofry z płynnym karmelem 
ostatnie dwie foty zajumałam z netu, przyznaję się bez bicia, bo sama jakoś nigdy nie wpadam na pomysł żeby fotografować jedzenie. Zwłaszcza jak jestem bardzo głodna i miota mną wiatr.

Niderlandzcy mistrzowie sugerowali co prawda kontakt z  "waffelsami" taki bardziej zewnętrzny
ale nie, jednak nie...

tradycyjnie- gofry wchłaniałam paszczą, a obrazy w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych pożerałam oczyma. Na przykład "Walkę karnawału z postem " imć Breugla. 
Gofry w lewym dolnym rogu, jakby kto szukał.

Zobaczcie, tutaj dzięki Wujowi Guglowi  można przybliżyć dowolny fragment dzieła.
A pod tym linkiem można sobie pooglądać  obraz Boscha "Kuszenie świętego Antoniego" 




np. zobaczyć dokładnie górny fragmencik prawego skrzydła:

albo dół lewego 


Można zobaczyć w brukselskiej kolekcji obraz nieznanego mistrza. 

a na ścianie, jak się tak dobrze przyjrzeć 


namalowana jest rycina ze Świętym Krzysztofem, niosącym malutkiego Jezusa. Tego, którego narodziny zapowiada właśnie Maryi Anioł Gabriel.


Poszłam też do Muzeum Magritta- sądziłam że przypomnę sobie obrazy z kolekcji.

 A tu -niespodzianka. Na czterech piętrach (sic)! Muzeum zupełnie inna ekspozycja. Obrazy Maestro Rene, ale takie mało znane , których nie widziałam nawet na reprodukcji. Albo inne wersje, szkice do sztandarowych dzieł. Bardzo to było ciekawe. Lubię to Muzeum, jest świetnie zaaranżowane, na piętra wjeżdża się windą, która ma szklaną ściankę, za którą widać gigantyczne powiększenie obrazu z golaską, można wysiąść  na poziomie kolan,  łona, biustu, głowy...

A klatka  , którą się schodzi wygląda tak:

 sztandarowe dzieło natomiast tak:





A tu powód, dla którego do Brukseli pojechałam:

zabawy plastyczne z dziećmi.

Z jedną klasą robiliśmy bajkowe postacie
 Nie wiem czy wiecie, ale tęczowe rybki maja większą moc niż złote!


 Dżentelmeni przeważnie robili Bardzo ,ale to Bardzo Groźne Smoki




 powstały  bestyje o nietoperzych skrzydłach i z nadprogramowym kompletem zębów.



 foty jak widać strzelałam w amoku, z biodra

 Na pomoc apetycznym  królewnom ruszał Superman





Może uda się Wam wypatrzeć na zbiorowej fotce dwóch Yetich.

Już po moim wyjeździe, to arcysympatyczne towarzystwo robiło sobie w klasie ze swoją panią Ewą Pogłodzińską-Tamsaout teatrzyk :



A z tymi dziarskimi obywatelami przez półtorej godziny robiliśmy  ZAMEK. Mam tylko tę jedną jedyną fotę:
Bardzo dziękuję Instytutowi Polskiemu za zaproszenie,  a dzieciom za potężną dawkę energii którą skrzesały .